Przejdź do informacji o dostępności Przejdź do strony głównej Przeskocz do menu Przeskocz za menu Przeskocz do głównej treści Przejdź do mapy strony

Pucheroki

Bardzo wiele tradycji małopolskich stało się w miarę rozwoju dziejowych procesów, tradycjami krakowskimi. Tak stało się z krakowskim Lajkonikiem, który w istocie jest przecież tradycją nie krakowską a zwierzyniecką, tak stało się z piaszczańskimi kijakami i podgórską rękawką. Jest jednak przykład odwrotny, kiedy to na wskroś krakowska tradycja Pucherów - Pucheroków, opuściła Kraków i dzisiaj ten ginący obyczaj żyje jedynie w małopolskich wsiach, dzięki działającym tam gminnym ośrodkom kultury. Jedynie w Bibicach, Zielonkach, Trojanowicach, Modlnicy czy w Modlniczce, można zobaczyć jeszcze w Niedzielę Kwietną czyli Palmową, barwnie poprzebieranych chłopaków, którzy z poczernionymi od sadzy twarzami, w wysokich czapach chodzą od domu do domu śpiewając krotochwilne śpiewki i prosząc o drobne datki.

Sama nazwa wzięła się od łacińskiego słowa puer - chłopiec. Tytułowe Puchery, to żacy, którzy od czasów średniowiecza stanowili barwny choć czasem kłopotliwy element krakowskiej mozaiki społecznej. Życie codzienne żaków w średniowiecznym mieście do łatwych nie należało. Obowiązywała bardzo ścisła dyscyplina, warunki mieszkania w bursach były surowe, wręcz spartańskie, nauka trwała od świtu do zmierzchu. Zimą dokuczał chłód latem gorąco. Największą jednak przeszkodą nie były warunki zewnętrzne ale wysokie koszta nauki. Jeżeli rodzina nie była nazbyt bogata, lub nie udało się znaleźć dobrodzieja, który zgodził się finansować naukę syna, studia na akademii były niezwykle trudne, głodne i chłodne. Wielu ubogich żaków, aby podołać trudom utrzymania, zmuszonych było do chodzenia po prośbie. Widok żaka chodzącego od drzwi do drzwi z cynowym garnuszkiem lub glinianą miską nie dziwił nikogo w dawnym Krakowie. Krakowskie mieszczki często wspomagały zgłodniałych pucherów miską ciepłej strawy lub kawałkiem chleba. O ile żebry były w zasadzie zakazane, o tyle chodzenie studentów po prośbie stało się wręcz ich prawnym przywilejem.

Zdarzało się jednak i tak, że żak odchodził sprzed drzwi z niczym. W Krakowie bowiem wielu mieszczan nie darzyło akademików szczególną życzliwością. Zarzucano im obyczajową rozwiązłość, picie wina na cmentarzach (pełniących wówczas również funkcję miejskich parków), prowokowanie w mieście rozmaitych burd i zamieszek.

Na darmo Jan Kochanowski tłumaczył, że Jakoby rok bez wiosny mieć chcieli ci, którzy chcą by młodzi nie szaleli. Wielu statecznych krakowskich mieszczan żaków od drzwi gnało precz, rozumując, że jeżeli muszą oni gdzieś szaleć to niech robią to poza murami miejskimi. Co prawda zresztą to prawda. Zbyt często historycy spotykają w źródłach karnych skargi na żaków, aby nie przyznać mieszczanom choć częściowej racji. I rzeczywiście krakowscy akademicy w swych podróżach "po prośbie" często wyruszali do okolicznych podkrakowskich wsi. Tak zrodziła się tradycja, którą po raz pierwszy spotykamy w źródłach w XVI w. Otóż w okolicy świąt Wielkiej Nocy, kiedy to jak wiadomo stoły zarówno mieszczan jak i kmieci uginały się od dobrego jadła, żacy wzmagali swą aktywność. Gromadzili się w grupy, przebierali się dziwacznie i wędrowali do domów i kościołów gdzie recytując przygotowane wcześniej wierszyki i składając świąteczne życzenia oczekiwali na datki. Z czasem tradycja ta związała się z jednym tylko dniem - z kwietną niedzielą, czyli niedzielą palmową. W XVII w. Wacław Potocki napisał dwuwiersz poświęcony temu obyczajowi:
Żaków z oratyką na pueri modą (...)
bakałarze wiodą

Oratyka to oczywiście aluzja do wygłaszanych wierszyków, a obecność w tym poetyckim opisie bakałarzy świadczy o tym, że kadra uniwersytecka w jakimś sensie patronowała temu przedsięwzięciu. W 1591 r. powstała nawet książka, w której zawarto praktyczną antologię sowizdrzalskich i nie zawsze wybrednych wierszyków wygłaszanych przy tej okazji. W XVIII w. obyczaj stał się kłopotliwy również i na wsi. Szczególnie krytycznie odnosili się do niego księża, których raził rubaszny, często ocierający się o wulgaryzmy i sprośności, repertuar żakowski. Zacytujmy jeden z takich wierszyków:
A jo pucherocek wylozem na pniocek
Z pniocka do dołecka zabiłem robocka
A z tego robocka mlyko i owiecka
Owiecki zbłądziły mnie tu zaprosiły

W rzeczy samej poezja nie najwyższego lotu. W 1780 r. wydano zarządzenie, mocą którego zabroniono chodzenia "na puchery". Możemy się zresztą domyślać, że młodzi, pełni wigoru chłopcy mieli pstro w głowie tak w Krakowie jak i poza nim. Płatali więc zapewne rozmaite psikusy i narażali na pokusy niewinność wiejskich dziewcząt. Mimo zakazów obyczaj jednak trwał. Stopniowo jednak pucherocy przenieśli się poza Kraków. W XIX w. obyczaj ten kwitł na podkrakowskiej wsi ale rolę żaków przejęli na siebie wiejscy chłopcy. Wykształcił się też wtedy "obowiązujący" strój pucheroka: wysoka czapka zwinięta w trąbkę, wykonana ze słomy, potem częściej z tektury, często ozdabiana wstążeczkami lub pasemkami bibuły, baranie kożuszki przepasane słomianymi warkoczami. Twarz umazana sadzą szczególnie w okolicy gdzie za kilka lat ma wyrosnąć broda i wąsy. Koniecznym atrybutem jest też koszyk, podobny do tych na "święcone" tylko większych rozmiarów i laska ozdobiona bibułkami. Strój taki można oglądać dzisiaj w Muzeum Etnograficznym w Krakowie. Pucherocy ruszają z oratyką, od wczesnego ranka wędrując od wsi do wsi, zbierając po drodze datki w naturze, w głównej mierze jaja - często już w formie pisanek. Tak oto tradycja uniwersytecka, mająca odniesienie do historii akademickiej społeczności Krakowa, stała się tradycją ludową.

Na zdjęciu przedstawione są Pucheroki.fot. archiwum UMWMPucheroki