Przejdź do informacji o dostępności Przejdź do strony głównej Przeskocz do menu Przeskocz za menu Przeskocz do głównej treści Przejdź do mapy strony

Klątwa Świętego Jana Kantego

Przy dobrej pogodzie i przy odrobinie szczęścia, które pozwoli nam na uniknięcie korków przy wyjeździe z Krakowa, po godzinie jazdy samochodem w kierunku Bielska Białej, znajdziemy się w Kętach. To małe miasteczko, choć trochę senne i zakurzone, nosi z dumą starą metrykę sięgającą średniowiecza. Wprawdzie liczne klęski, pożary i wojenne nieszczęścia, dokonały zniszczeń najstarszej substancji zabytkowej miasta, ale małe przysadziste kamieniczki, archaiczny układ uliczek i zespół klasztorny oo. Reformatów, świadczą o bogactwie tutejszej historii i dziedzictwa kulturowego. Komu czas nie ucieka nazbyt szybko, zmuszając do bezskutecznej pogoni, ten może odwiedzić Muzeum im. Aleksandra Kłosińskiego (Rynek 16), które dobrą dawką wiedzy dopełni wrażeń z wizyty w Kętach.

Dla miłośników małopolskiej historii Kęty wiążą się wszak w pierwszym rzędzie z najgodniejszym obywatelem i synem tego miasta - św. Janem z Kęt. Postać to niezwykła, której życie przypadło w XV w. Syn mieszczanina z podbeskidzkiego miasteczka, następnie żak Alma Mater - krakowskiej akademii, aż wreszcie bakałarz, doktor najświętszej teologii i profesor Pisma Świętego tejże najsłynniejszej uczelni. Nie wiadomo czy większa była głowa czcigodnego Jana czy serce. Wielką wiedzę i inteligencję przerastała jednak chyba cnota miłosierdzia, która wyrażała się w nieustannej gotowości niesienia pomocy ubogim i pokrzywdzonym przez los. Najzacniejsi profesorowie jagiellońskiej wszechnicy nie mogli przemówić do rozsądku Janowi, który zawsze zdążył się pozbyć przed zimą butów i ciepłego płaszcza, a z kuchni wciąż wynosił pokarm, którym karmił głodnych.

Nie było zresztą wiele sposobności do poważnej rozmowy, bowiem święty albo ślęczał nad księgami w scriptorium albo maszerował przez słotę do kogoś chorego lub biednego albo...zatapiał się w modlitwie. Nie przeszkadzano mu wtedy bo i po co. Wiadomo było, że w mistycznym uniesieniu o całym świecie zapomina, widząc przed sobą tylko tego, który jest całym światem. Takie było życie Jana z Kęt, proste jak droga przez pustkowie i wzniosłe jak tatrzańskie szczyty. Nie brakło jednak i w jego życiu zakrętów i porażek, które Janowi łez goryczy przyczyniły. Winę za to noszą w sercu mieszczanie olkuscy.

Olkusz, niegdyś silny ośrodek handlu, swą potęgę zawdzięczał złożom rud ołowiu i srebra, które stwórca hojną ręką umieścił w podziemiach. Już w XIII w. te cenne kruszce, znajdujące wówczas ogromne zapotrzebowanie niemal w całej Europie, dobywano zarówno tu jak i w pobliskim, biskupim Sławkowie. Złoża były obfite więc i bogactwo mieszczan rosło, a wraz z nimi grzech najstraszniejszy "pycha żywota". Straszna to przywara, która rodzi w człowieku tak straszne zadufanie w sobie, że ani na Boga ani na uboższych od siebie nie raczy się oglądnąć. Właśnie wtedy, gdy bogactwo miasta sięgało zenitu, gdzieś w l. 20 - 30 - tych XV w. młody wówczas, ale już sławny swymi cnotami i wiedzą, Jan z Kęt otrzymał powołanie na probostwo w Olkuszu. W ten oto sposób uczony młodzian, przyszły święty, został duszpasterzem. Gorzki był to okres w jego życiu. Fara olkuska, sięgająca swymi korzeniami XIV w., nosząca zaszczytne wezwanie św. Andrzeja Apostoła, najczęściej świeciła pustkami, zapełniając się jedynie w niedzielę. Mieszczanie olkuscy oddawali się na co dzień rozpuście, pijaństwu i swawolom. Niewierność małżeńska, oszustwa w handlu, zaniedbywanie obowiązków religijnych były na porządku dziennym. Nawet okres świętego Wielkiego Postu nie przywołał do nawrócenia Olkuszan, mimo płomiennych kazań głoszonych przez Jana, mimo jego nawoływań, wielogodzinnych dyżurów w konfesjonale, osobistych rozmów i nauk. Pokorny chłopiec z Kęt w tej jednak sprawie nie znał kompromisów.

Gdy minęło kilka lat niezmordowanej pracy duszpasterskiej wspieranej przykładem osobistego życia, a ze strony miasta i mieszczan woli poprawy nie było, łagodny baranek zmienił się w porywczego Eliasza. Którejś niedzieli, senni po sobotniej uczcie kupcy i gwarkowie olkuscy, ujrzeli swego proboszcza przy ołtarzu, który z obliczem miedzianym, patrząc na nich groźnym ale i smutnym wzrokiem, rzucił na miasto i jego mieszkańców klątwę. Prędko też okazało się, że siła tego przekleństwa była straszliwa. Kopalnie zaczęła zalewać woda, której mimo rozmaitych wysiłków i starań nigdy już nie usunięto. W wyrobiskach cenne rudy ołowiu i srebra zaczęły występować rzadziej aż wreszcie niemal zanikły. Skończyło się źródło bogactwa, skończyło się i bogactwo. Zrażony do swych owieczek Jan z Kęt wrócił do Krakowa, a olkuscy mieszczanie pokornie zaczęli zawracać ze złych dróg życia, na których cześć oddawali srebrnemu cielcowi. Przetrwała też wśród nich pamięć o swym pasterzu, który zamiast lukratywnej "posady" proboszcza bogatych mieszczan olkuskich, wybrał niewygody ubogiego życia w ciasnej profesorskiej celi. W XVIII w. przy farze olkuskiej, w miejscu XV w. mieszkania proboszcza wybudowano kaplicę pod wezwaniem św. Jana z Kęt. To jedno z tych miejsc, które warto odwiedzić zwiedzając Małopolskę.

A kopalnie? W istocie było tak jak w legendzie. Pod koniec XV w. pomyślnie rozwijające się górnictwo kruszcowe w Olkuszu i Sławkowie przeżywa kryzys. Podziemne cieki wodne niszczą kopalnie, które udaje się uratować na krótko w XVI w. ale w następnym wieku wysiłki takie już się nie powiodły. Miał nadzieję na ponowne uruchomienie wydobycia srebra pomysłowy Stanisław August Poniatowski, ale i jego inżynierowie musieli uznać wyższość natury nad swymi umiejętnościami. Jak widać klątwa św. Jana wciąż wisi nad miastem.